Pomoc może mieć różne wymiary, jak sobie uświadomiłam. Na przykład ta w rodzinie. Pomagamy żonie/mężowi, żeby nam się lepiej żyło i żebyśmy w przyszłości mogli liczyć na rewanż: „Potrzymam ci dzisiaj drabinę i podam młotek, ale jutro skopiesz mi ten ogródek, kochanie”, „Poużalam się nad tobą przy tym przeziębieniu, bo a nóż jutro złamię nogę i będę potrzebowała pomocy”. Działanie nie zawsze jest tak perfidnie przewidziane, ale gdzieś w zanadrzu czujemy, że korzyść powinna być obopólna.
Pomagamy dzieciom i to zupełnie bezinteresownie (chyba mało kto myśli, że odbije to sobie na starość). Pomagamy często, czy chcą czy nie
Dzieci pomagają mniej chętnie. Pomoc nazywając nudnym obowiązkiem, marudząc, że jak już coś zrobili, to im się coś należy. Wspominają, że inni rodzice, to płacą za takie koszenie, czy wieszanie prania. Udają, że się uczą, kiedy trzeba sprzątać. Jak już pomagają z własnej inicjatywy, należy skontaktować się ze szkołą/policją/sprawdzić ceny najbliższych koncertów. Za to, co dziwi, często da się je namówić, aby pomogły gdzieś na zewnątrz, innym osobom. Do pomagania rodzicom z czystej życzliwości dochodzi zazwyczaj, gdy sami jesteśmy dorośli i co nieco z życia rozumiemy.
Taka pomoc sąsiedzka, co nawet w Luksemburgu istnieje. Podlanie kwiatków, odebranie przesyłki, czy karmienie zwierząt. Czasami to drobne rzeczy, aby przychodził ktoś specjalnie, ale dla sąsiada można to zrobić. Jest to miłe i warte pielęgnowania, bo sąsiad wie, gdzie stoi nasz samochód i sprowadzi policję na każdą imprezę po 22.00
Ale na komika się nie nadaję, bo który komik musi podkreślać, że to żart?
Pomaganie koleżankom/kolegom/zaprzyjaźnionym rodzinom. Też taki miły gest. Lubię kogoś, znam, to oddam mu rzeczy po dziecku, odbiorę syna ze szkoły, pożyczę materac, albo wręcz przenocuję u siebie nadliczbowych gości. Wysłucham problemów, poradzę, gdzie taniej kupić, zabiorę paczkę do Polski. Bez babć i bliższej rodziny przyjaciel jest na wagę złota!
Chyba każdy z nas dał coś ulicznym grajkom, stójkom (to taka osoba co stoi i nic robi, ale dobrze wygląda w przebraniu), malarzom i innym osobom za swoje popisy zbierającym do kapelusza. Ja chętnie wspieram takie inicjatywy, bo siedzenia i żebrania nie popieram. Mam takie doświadczenia jeszcze z Polski, kiedy to u drzwi pojawiali się różni ludzie potrzebujący, koniecznie z kartką w ręce opisującą biedę lub choroby. Zawsze proponowałam, aby pojawili się dnia następnego, to może znajdę dla nich jakieś płatne zajęcie, albo chociaż przejrzę ubrania i zapasy żywności, aby im to przekazać. Nigdy nikt nie wrócił, bo w tej zabawie przecież oto chodzi, by jak najwięcej kasy nazbierać.
Z pomocą zorganizowaną trudniej sobie radzimy. Zawsze są jakieś podejrzenia. A czy rzeczywiście idzie to na to, na co powinno iść? A ile zarabiają na tym ci, którzy to organizują? A czy pomaganie nieudacznikom, którzy się nie zabezpieczyli, nie ubezpieczyli, nie odłożyli, nie pracowali, ma sens? Czy to, aby nie powoduje tylko kolejnych pretensji, że im się należy? A co da jednorazowa pomoc, kiedy po miesiącu znowu będzie problem?
Przyznaję, że takie pytania sama sobie zadaję. Weźmy choćby taką pomoc Ukrainie. Od razu wtrącę, że się nie czepiam, tylko teoretycznie rozważam biorąc konkretny przykład.
Na Ukrainie bieda na wsiach jest podobna, jak w niektórych wsiach polskich. Ukraina jest większa niż Polska i trudno pomóc takimi małymi siłami. Jeżeli ma to być tylko gest, to może być, ale pomoc z tego jest niewielka. Gdyby tak pieniądze przeznaczyć na bezpośrednią pomoc dla rodzin ofiar i to wypłacaną miesięcznie i przez dłuższy czas miałoby to sens. Pomagamy konkretnym ludziom przeżyć, bo być może zginął jedyny żywiciel rodziny. A jak taką rodzinę wybrać? Jedną z tych stu? Myślę, że to jednak rola państwa ukraińskiego, które powinno się z całą odpowiedzialnością tymi rodzinami zająć. Tak sobie nawet pomyślałam...A jak byśmy potraktowali zrzutkę Rosjan na pomoc dla ofiar katastrofy smoleńskiej? Bez komentarza.
Bardziej chyba jesteśmy przekonani do pomagania ofiarom żywiołów: powódź, trzęsienie ziemi, tsunami itp. Tu ludzie potrzebują rzeczywiście wszystkiego, bo w jednej chwili tracą dorobek życia. Wtedy ma sens wysyłanie tych śpiworów, puszek, lekarstw i wszystkiego od czego człowiek może rozpoczynać życie od nowa. Ale czy na pewno? A ile było informacji o sprzedaży takich rarytasów przez jakieś zorganizowane bandy, albo wręcz przedstawicieli rządu. Organizacjom charytatywnym trudno tego dopilnować.
Tak dobrze samemu coś czasami napisać, aby to później przemyśleć. Wychodzi mi, że najlepiej się czuję, kiedy pomagam komuś kogo znam, albo mam bardzo duże zaufanie do osób/organizacji, które się tym zajmują. Wyjątkiem są od tego datki dla dużych organizacji światowych, które rozpoczęliśmy z inicjatywy córki, która w przypływie dobrego serca część jej prezentu gwiazdkowego kazała przelać na pomoc dla innych dzieci i tak już zostało. Koperty z przypomnieniem przychodzą regularnie
Nie umiem też odmówić organizacjom lokalnym, które przychodzą prosić o wsparcie, bo to zazwyczaj mili harcerze, starsze panie, albo orkiestra, która tak długo przygrywa, aż się w końcu coś wrzuci.
Zastanawiam się, czy to 100, 200 euro coś zmieniło? Komuś pomogło? Czy ja się przez to czuję lepsza? Czy na tym świat się opiera, że ja dam komuś, a kiedyś ktoś da mnie?